poniedziałek, 1 września 2014

Epilog

Pamiętacie tego pełnego życia, uśmiechniętego i po uszy zakochanego Harrego? Chłopaka, który cieszył się każdym dniem i starał się wykorzystać go jak najlepiej? Ja nie. Nie pamiętam zbyt dobrze tej części siebie, widzę ją jakby przez mgłę cofając się i zatracając we własnych wspomnieniach. Wydaje mi się, że tamten Harry umarł. Odszedł razem z Martą. Zastąpił go podobny, ale inny Harry. Odpowiedzialny, przygnębiony, przygaszony, zdystansowany wobec ludzi, zwłaszcza kobiet, oddany dziecku. Taki teraz jestem. Jedyną moją radością jest czas, który spędzam z Rosie. Patrzenie jak rośnie, jak się zmienia i rozwija, każdego dnia wywołuje uśmiech na mojej twarzy. 
Od dwóch i pół roku funkcjonuję jak robot. Praca, spotkania z fanami, z rodziną i przyjaciółmi, czas spędzany z dzieckiem, tylko kiedy jestem sam, daję upust swoim prawdziwym emocjom. Każdy wieczór wygląda tak samo. Czytam listy Marty, przeglądam nasze zdjęcia, wspominam, a później płaczę w poduszkę, tak by nie obudzić małej. Podobno czas leczy rany, jedne goją się szybciej i lepiej, inne wolniej i gorzej. Nie wierzę, żeby smutek i żal, który mi pozostał po śmierci najlepszej przyjaciółki, żony i miłości mojego życia kiedykolwiek zelżał. Ciężko mi jest zebrać się w sobie i próbować zacząć od nowa. Ludzie często mnie pytają czy nie chcę się znów zakochać, czy nie uważam, że Rosie powinna mieć matkę. Nie odpowiadam wtedy nic, bo wiem, że nie zrozumieją mojego wewnętrznego rozdarcia. Rosie ma matkę, a ja nie przestałem kochać, więc jak mam próbować znaleźć sobie kogoś innego? To jest nierealne. Jeszcze nie teraz. Mimo iż minęły ponad dwa lata, ja nie czuję ani potrzeby ani powinności zastępowania Marty kimś innym. Poza tym, nie potrafiłbym. Czułbym się tak, jakbym ją zdradzał, a przecież przysięgałem jej wierność aż po wieki. 
Nad łóżkiem zawiesiłem nasze weselne zdjęcie, zrobione w momencie składania przysięgi małżeńskiej. Oboje stoimy z szerokimi uśmiechami na twarzach i błyszczącymi oczyma. Nigdy nie zapomnę dźwięku jej głosu podczas recytowania słów przysięgi, ciepła dłoni w momencie, w którym zakładałem jej obrączkę na palec. Nie zapomnę jej wyrazu twarzy na słowa: "Ogłaszam was mężem i żoną". Zawsze na to wspomnienie uśmiecham się sam do siebie, a później przypominam sobie, że już więcej jej nie zobaczę. 
Rodzina i przyjaciele, często pytali mnie o czym myślę, że tak często zapominam o otaczającej mnie rzeczywistości. Kiedy już upewnili się, że mają rację, zaczęli pytać jakie wspomnienia najczęściej przywołuję. Szczerze mówiąc, przeanalizowałem cały nasz związek, a raczej czas od naszego pierwszego spotkania do ostatniego wspólnie spędzonego dnia już chyba z milion razy. Jednakże, zdecydowanie najczęściej mam przed oczyma obraz Marty stojącej przed kamerką komputera podczas naszej rozmowy na skypie, kiedy ja byłem w Ameryce Południowej a ona u swojej matki chrzestnej. Wstała z krzesła, podciągnęła koszulkę na biust i ustawiła się bokiem, tak bym widział jak jej brzuszek znów urósł. Uśmiech na jej twarzy zdradzał jak bardzo się cieszy i wyczekuje Rosie. Ten błysk w oku tylko potwierdzał, że z wytęsknieniem czeka na poród. Pamiętam, że popłakałem się ze wzruszenia i tęsknoty jednocześnie. Równie często wspominam nasze wesele i podróż poślubną. Ogrom gości, tańce do rana, śmiech i fajerwerki o północy. Mój występ specjalnie dla mojej pięknej żony. Zaśpiewałem "I don't wanna miss a thing" Aerosmith. Oberwało mi się za rozmazany makijaż Marty, ale było warto. Stałem przed nią z mikrofonem ocierając jej łzy spływające po policzkach i nadal nie mogąc w uwierzyć w to, że jesteśmy małżeństwem. W dwa miesiące po naszym ślubie urodziło się nasze małe słoneczko. Śliczna i zdrowa, z maksymalną ilością punktów w skali Apgara dziewczynka, której zdecydowaliśmy dać na imię Rosie. W sali na której leżała Marta tłoczyło się mnóstwo ludzi. Moi rodzice i Gemma, chłopacy z dziewczynami i ogromnym misiem, mama i bracia Marty, dziewczyny..
W podobnym, ale zdecydowanie powiększonym gronie, po raz kolejny staliśmy ramię w ramię na pogrzebie. Rodzina wokoło trumny, w oddali współpracownicy, znajomi, a nawet fani. To wspomnienie przeszywa mnie jak strzała każdego dnia, ale okazuje się szczególnie brutalne kiedy stoję nad jej grobem. Widzę jej załamaną rodzinę, mamę, którą podtrzymuję z jednej strony ja, z drugiej jeden z kuzynów Marty. Widzę jej braci, słyszę ich płacz i krzyki, kiedy budzili się w nocy nie mogąc oderwać się od koszmarów. Widzę współczujący wzrok mamy, czuję na szyi łzy Gemmy, kiedy przyjechała do mnie prosto ze szpitala po odłączeniu Marty od tej całej aparatury. 
Budzę się w nocy zalany potem, z sercem walącym mi w piersi i próbuję złapać oddech po kolejnym koszmarze. Po raz kolejny widzę ten wypadek. Czuję ten sam ból. I nie mogę z tym walczyć. Nie umiem. Boję się. Boję się, że przez to mógłbym zapomnieć. Zapomnieć jej głos, śmiech, blask jej oczu, dołeczki, które ujawniały się przy każdym uśmiechu.. Nie chcę czuć tej cholernej pustki, ale jednocześnie ona przypomina mi o całym szczęściu jakiego zaznałem u boku Marty, prostej dziewczyny, która przez swój upór doszła do wszystkiego co chciała osiągnąć w życiu. Dziewczyny, która z wysoko podniesioną głową przechodziła przez najgorsze. Wiem, że ludzie taką ją zapamiętają. Silną, ambitną, kreatywną, otwartą, i cholernie utalentowaną Polkę, która chciałaby każdemu pomóc i ułatwić życie. 
Co więcej mogę powiedzieć? Kochałem ją nad życie. Teraz przy życiu trzyma mnie jedynie Rosie, a jej mama czuwa nad tym, by tatuś nie robił głupot.


 ___________________________________________________________
Epilog.. Czyli koniec tej historii.
Dziękuję Wam za ponad 37 tysięcy wyświetleń! Za wszystkie komentarze, które motywowały mnie do pisania. Nie wiem czy dobrnęłabym tak daleko gdyby nie Wy. Mam skłonności do zaczynania czegoś i nie kończenia tego, bo "i tak jest do bani", ale Wy pokazaliście mi, że Storytellers, które też było w tej kategorii jednak nie było takie do bani.. Musiałam zakończyć to opowiadanie wcześniej niż chciałam. Nie dawałam rady z prawkiem, a teraz klasa maturalna i egzamin zawodowy... 
Przyznam się, że płakałam za każdym razem, kiedy edytowałam tekst żeby go skończyć, poprawić. Epilog oznacza koniec mojej przygody ze Storytellers i z blogowaniem, przynajmniej na jakiś czas.
Mam nadzieję, że nie żałujecie czasu poświęconego na czytanie, mam nadzieję, że zapamiętacie choć cząstkę tego co tu opisałam. 
Dziękuję za wszystko <3

PS: Może jeszcze kiedyś się spotkamy na innym blogu ;)