piątek, 25 kwietnia 2014

31

Moje pojawienie się w Polsce wywołało niemałe zamieszanie, co tym razem mnie nie zdziwiło, przecież ni z tego ni z owego, wsiadłem w samolot i na dwa dni uciekam z Londynu. Jednak zaskakujący był fakt, że nigdzie w pobliżu nie zauważyłem żadnych paparazzich, co z kolei nie znaczy, że ich nie było..
Mój samolot powrotny wystartował jakieś 10 minut temu, więc nim dotrę do Londynu, mam jeszcze trochę czasu na przemyślenie kilku spraw. Pierwszą z nich jest to, że zaledwie kilka godzin temu przytulałem jeszcze Martę, przed wylotem z nią rozmawiałem przez telefon, a już za nią tęsknię. Ciężko znoszę rozłąki z nią, zwłaszcza tak długie, mimo iż ta była naszą pierwszą i mam nadzieję ostatnią. Marta wróci jutro, zdecydowała się zostać dzień dłużej, żeby spędzić jeszcze trochę czasu z babcią. Niby tylko jeden dzień, ale dla nich obu będzie on tym regenerującym.
Oparłem głowę o zagłówek siedzenia, zamknąłem oczy i ponownie skupiłem się nad swoimi przemyśleniami.
Kolejną sprawą, która gdzieś tam we mnie siedzi jest Marry. Marta i Harry. Harry i Marta.. Teraz nie chodzi o to, że tęsknię, ale o to, że chciałbym żeby była moja już na wieki. Czy jest to samolubne z mojej strony? Może i tak, ale jeżeli straciłbym takiego anioła, moje życie nie miałoby najmniejszego sensu. Byłbym wrakiem człowieka. Nadal bym śpiewał, spotykał się z fanami, udzielał charytatywnie, pewnie spotykałbym się z innymi kobietami, uśmiechał się, flirtował, a może nawet bym kochał. Wiem jednak, to uczucie nie mogło by się równać z tym, które od jakiegoś czasu we mnie tkwi. Tamto, mogło by ewentualnie zostać namiastką prawdziwej miłości, namiętności i pożądania, jakie właśnie przeżywam. Nie chcę tego stracić, nie chcę tego zastępować, a wręcz przeciwnie, chcę żeby siła tego nastoletniego zauroczenia i zakochania ciągle rosła. Chcę sprawiać, że Marta będzie szczęśliwa, chcę być powodem jej uśmiechu, siłą do stawiania czoła wszystkiemu z czym musi się mierzyć. Chcę być jej. I tylko jej. Wszystkie te uczucia, sprowadzają mnie ku jednej myśli.. małżeństwo. Mam świadomość tego, że małżeństwo może nie przetrwać, bo jesteśmy młodzi i bla bla bla, jeszcze wystarczająco się tego nasłuchamy, ale wierzę w to, że z nami będzie inaczej niż z wszystkimi innymi młodymi parami, dla których zakładanie rodziny było błędem. Dlaczego? Chociażby z tego powodu, że ja nigdy, podkreślam nigdy się nie poddam, jeżeli będzie chodziło o nią, o mnie, o nas. Małżeństwo. Kolejny sakrament, ten który ma na celu przypieczętowanie miłości dwojga ludzi. Ale nie wyprzedzajmy, najpierw musi się zgodzić, a ja, jeszcze wcześniej muszę się jej oświadczyć. Tak.. zaręczyny, chwila, która musi być idealna w każdym calu.
- Proszę zapiąć pasy, podchodzimy do lądowania - głos stewardesy wypełnił pokład samolotu.
Zrobiłem jak kazała i czekałem aż samolot powoli spocznie na ziemi. Ciśnienie wypełniło moje uszy w ten typowy, nieprzyjemny sposób zatykając je. Ciemne chmury stały się gęstsze niż kilkanaście minut wcześniej. Pogoda nie rokuje dobrze, a dzisiaj mamy zacząć prace nad teledyskiem do You & I. Cóż, pozostaje ufać, że pogoda nam na to pozwoli, a przynajmniej okaże się łaskawa. Spacerowanie po molo, w cienkim sweterku na pewno byłoby przyjemniejsze przy co najmniej kilkunastu stopniach ciepła, a nie odczuwalnej minusowej temperaturze.
Lotnisko jak zwykle było pełne ludzi oraz paparazzich, którzy najwyraźniej też mnie wyczekiwali. Przepychałem się pomiędzy nimi ze swoim niewielkim bagażem, a Paddie cicho kroczył u mego boku. Chyba żaden z nas nie był dzisiaj w nastroju do rozmów, w przeciwnym razie nadawalibyśmy jak katarynki. Przez całą drogę do miejsca, gdzie nagrywaliśmy, wymieniliśmy jedynie uwagi na temat piosenki w radiu. Jazda zaczęła mi się dłużyć, chciałem już wysiąść z tego samochodu, zacząć coś robić, cokolwiek by to miało być, ważne żeby czas leciał szybciej. Chciałem porozmawiać z chłopakami na temat zaręczyn, ale może powinienem najpierw to jeszcze sam przemyśleć?
- Jesteśmy na miejscu. - Powiedział Paddie parkując auto i wyrywając mnie z zadumy.
- Pogoda po prostu idealna - westchnąłem
- Klimat w sam raz do piosenki - zaśmiał się
Wysiadłem z samochodu i podszedłem do Nialla, który stał z Louise i Lux.
- Cześć słoneczko, tęskniłaś za wujkiem? - powiedziałem słodkim głosem, a Lux na mój widok zaczęła biec w moim kierunku z rękami wyciągniętymi przed siebie.
Wziąłem ją na ręce i przytuliłem mocno. Uśmiech na twarzyczce tego aniołka jest jak miód na sercu.
- Nie jest ci zimno? - zapytałem ją poprawiając jej chustkę, którą miała luźno owiniętą na szyi.
- Jest. - Schowała twarz w moją szyję, a ręce włożyła mi pod pachy
- To co ty tu robisz? Dlaczego nie jesteś z tatusiem?
- Pracuje.
- Z nami to się już nie przywitasz? - Niall spojrzał na mnie i uniósł brwi śmiejąc się drwiąco
- Witaj kochanie, też tęskniłeś? - Zapytałem głosem jakim chwilę wcześniej mówiłem do mojej chrześnicy.
- Nawet nie wiesz jak bardzo - zrobił maślane oczy i zaczął trzepotać rzęsami
- Coś ci do oka wpadło?
- Tak. Ty.
- To mamy problem, bo jestem w związku.
- Ranisz mnie! Moje serce krwawi! - Teatralnym gestem złapał się za klatkę piersiową, a drugą dłonią zasłonił oczy.
- Jesteście niemożliwi - odezwała się w końcu Lou, starając się powstrzymać śmiech - Chodź Lux, idziemy do samochodu - zabrała małą i odeszła w kierunku, z którego przyszedłem.
- Jak się czuje Marta?
- Dobrze, nadal jest rozkojarzona i przygnębiona, ale już zaczyna się z tego otrząsać.
- To dobrze. Nie lubię widzieć jej przygnębionej. - Powiedział poważniejąc. Wiem, że chłopaki zdążyli się zżyć z Martą, widzę to i cieszy mnie ich dobra relacja.
- Ja też.
Spojrzałem na ocean, na wzburzone fale, które rozbijały się o brzeg, pogoda rzeczywiście idealnie oddająca atmosferę piosenki.
- Styles, wróciłeś - zza rogu wyłonił się Louis i Liam
- Jak widać.
- Jak się czuje?
- Lepiej niż nam się wydawało - odpowiedział za mnie Nialler
- Chłopcy! - zawołał nas jeden z członków ekipy.
Zaczęły się przygotowania. Fryzura, makijaż, ubrania. Zamieszanie było niemałe, zwłaszcza, że wszyscy spieszyli się ze swoją pracą, ponieważ pogoda nadal była niepewna. Scena pierwsza należała do Nialla. Wychodzi z restauracji, która znajduje się na molo, schodzi schodami w dół, a później idzie wzdłuż pomostu i śpiewa swoją kwestię. Wraz z końcem swojej części zwrotki zmienia się w Liama, który z czasem staje się mną, ja Zaynem, a on Louisem. Wszyscy wyglądamy tak samo. Czarne spodnie, siwe swetry, zupełnie jakbyśmy byli jedną osobą. Tak też jest. My jesteśmy jedną osobą, nasi fani są tą drugą. You & I. Ty i ja. My. Zawsze razem. Tak wiele sobie zawdzięczamy i tak wiele jesteśmy w stanie dla siebie poświęcić.
Wiatr wieje jak szalony. Fale rozbijają się brzeg i molo. Włosy zakrywają moją twarz, przez co ciężko mi cokolwiek zobaczyć, muszę poprosić Louise żeby mi je przycięła.
Lodowate powietrze sprawia, że czuję się bardziej otępiały. Nie mogę się skupić na pracy, jestem rozproszony również przez moje przemyślenia w trakcie podróży. Chcę się jej oświadczyć, jestem tego pewien w stu procentach, ale czy ona się zgodzi? Twierdzi, że mnie kocha, a ja jej wierzę, więc dlaczego miała by się nie zgodzić? Boże.. to skomplikowane. Zaręczyny Zayna i Perrie wzbudziły wielką sensację, pogłoski o ciąży Perrie i wiele innych, typu: Modest ich zmusiło, to kolejna ustawka, mająca na celu wzbudzić rozgłos. BZDURA. Tak samo będzie z nami. Kolejna książka Marty, albo nasz nowy album. Cokolwiek. Ludzie na wszystko mają swoje wytłumaczenia. Każde dobre, byle nie brać pod uwagę tego, że my się na prawdę kochamy i chcemy ze sobą spędzić życie. Nieważne, że brzmi to banalnie, ważne, że tak właśnie jest.
Deszcz zaczął padać, więc zdjęcia zostały przerwane. Nie mamy dużo czasu na nagranie, więc na planie będziemy spędzać godziny. Mam tylko nadzieję, że wszystko będzie się działo według planu.

Nie mogę spać. Jest siódma rano, za kilka godzin mamy być na planie, a ja nie mogę zaznać nawet odrobiny spokojnego snu. Do późna pracowaliśmy nad teledyskiem, przez co się przeziębiłem. Katar nie pozwalał mi zmrużyć oka na dłużej niż kwadrans. Koszmar. Pocieszenie jest takie, że Marta dzisiaj wraca i znów będę miał ją tylko dla siebie.
Przewróciłem się na bok, wziąłem telefon i zalogowałem się na twittera. Masa tweetów skierowanych do mnie, tysiące wiadomości prywatnych, nawet gdybym chciał, nie dam rady odpisać każdemu, bo ich liczba ciągle wzrasta. Nie jesteśmy w stanie spotkać wszystkich naszych fanów, porozmawiać z nimi, czy chociaż im odpisać, a dla nas jest to tak samo ważne jak i dla nich.
"Kocham cię"
"Dzień dobry mój aniołku x"
"Przydałaby się wizyta u fryzjera, nie sądzisz?"
Zaśmiałem się na widok tego tweeta, ale owszem też jestem zdania, że moje włosy są już trochę przydługie. Wyłączyłem twittera, wstałem z łóżka i udałem się do łazienki. Poranny prysznic dobrze mi zrobi, zimny oczyszcza mi umysł i pozwala trzeźwo myśleć, zaś gorący mnie odpręża. Spędziłem sporo czasu pod bieżącą wodą, a kiedy wyszedłem mój telefon zadzwonił.
- Marta? - zapytałem zdziwiony
- Cześć kochanie, słyszę, że strasznie się cieszysz słysząc mój głos. - Zaśmiała się
- Bardzo się cieszę, ale przecież miałem po ciebie przyjechać. - Powiedziałem przytrzymując sobie telefon ramieniem.
- Właśnie w tej sprawie dzwonię. Milena po mnie przyjechała, mamy spotkanie z wydawcą. Muszę się szybko wykąpać i przebrać, a ty raczej nie pozwoliłbyś mi się spieszyć. - Po tonie jej głosu wnioskuję, że znów zaczyna się droczyć, jestem też w stanie stwierdzić, że właśnie w tym momencie unosi brew.
- Niestety, ale muszę się z tobą zgodzić. O której będę mógł cię zobaczyć? - Zapytałem biorąc moją szczoteczkę do zębów, myjąc ją i nakładając na nią pastę do zębów.
- Nie mam pojęcia ile to będzie trwało.
- Więc wpadnę po pracy - powiedziałem - Marta?
- Tak?
- Kocham cię. - W momencie, kiedy wypowiadałem te słowa, spojrzałem w lustro, wprost w swoje oczy. Sam dostrzegłem w nich szczerość i to uczucie, którego nie jestem w stanie już maskować.
- Ja ciebie też misiu. Do zobaczenia wieczorem. Będę czekać.
- Mam nadzieję - zaśmiałem się - kocham cię.
- Mówiłeś mi to przed chwilą.
- Jeden raz to za mało.
- A dwa wystarczająco?
- Nawet gdybym ci to powtórzył tysiąc razy, to nadal by nie było wystarczające zapewnienie mojej miłości.
- Jesteś słodki - zaczęła się śmiać - ja też cię kocham. Tak strasznie, strasznie, strasznie mocno. A teraz wybacz mój drogi, ale muszę kończyć. Kocham.. Albo nie. Jeżeli coś się za często mówi, to słowa zaczynają tracić na wartości.
- Ty i te twoje zagrywki - przewróciłem oczami. - Do zobaczenia piękna.
Rozłączyłem się, uśmiechając się najszerzej jak tylko potrafiłem. Kiedy nie umiem poskromić złości, trenuję dłużej i intensywniej, ale co mam zrobić, żeby nauczyć się panować nad miłością? To jest jakiś obłęd.
Kiedy wszedłem do salonu, Niall siedział na kanapie ze szklanką soku w dłoni. Patrzył przed siebie, prawie w ogóle nie mrugając.
- Wszystko w porządku? - Nie odpowiedział. Chyba nawet nie zauważył, że jestem w pokoju, a co dopiero, że do niego mówię. Podszedłem więc do niego i poklepałem po ramieniu. - Dobrze się czujesz?
- Tak. Jest okej.
- Wyglądasz jakoś tak... okropnie.
- Dzięki. - Mruknął i przetarł oczy dłońmi. - Miałem koszmarny sen.
- Co ci się śniło? - Również nalałem sobie soku do szklanki i usiadłem obok niego.
- Że Natalia mnie zostawiła. Przez to, że nasi fani jej nie akceptowali, sama zaczęła wątpić w siebie.
- Co tak właściwie jest między wami?
- Nie wiem. Lubię ją, nawet bardzo. Miło jest spędzać czas w jej towarzystwie. Ma śliczny uśmiech - na jego twarzy również się pojawił - i cudowny charakter.
- Zauroczyła cię.
- Totalnie.
__________________________________________________

Możecie uwierzyć, że to już 31 rozdział?! Boże *-* Cudownie mi się dla Was pisze, mam nadzieję, że Wam tak samo się czyta.
Dziękuję za wszystkie komentarze, na prawdę miło się je czyta.
Udanego weekendu xx

piątek, 18 kwietnia 2014

30

Weszliśmy do pokoju, w którym spędziliśmy wigilię. Nic się tam nie zmieniło prócz tego, że na miejscu choinki pojawiła się ogromna donica z ozdobnym drzewkiem. Siedzieli tam wszyscy, może z wyjątkiem najmłodszych kuzynów i kuzynek Marty. Wszystkie oczy zwróciły się na nas, a delikatne uśmiechy wskazywały na to, że liczyli na moje pojawienie się.
- Cześć Harry - powiedziała jedna z ciotek Marty
- Dzień dobry - odpowiedziałem, ale kiedy wzrok Sabiny stał się ostrzejszy poprawiłem się - To znaczy cześć.
- Cieszymy się, że przyjechałeś, może to chociaż na chwilę odciągnie jej myśli - tu wskazała głową na Martę - od zaistniałej sytuacji.
- Też mam nadzieję, że moja obecność jakoś pomoże jej przez to przejść.
- Napijesz się czegoś? - zapytała
- Nie, dziękuję. - Babcia Marty weszła właśnie do pokoju z talerzem pełnym ciasta, a za nią ciocia z tacą pełną filiżanek z kawą.
Babcia mojej ukochanej, niewysoka pulchna kobieta o krótkich, siwych i lekko kręconych włosach. Miała wielkie serce, a Marta zdawała się być jej oczkiem w głowie, tak samo jak jej męża. Podeszła do mnie z ciepłym uśmiechem na twarzy i mnie przytuliła. Odwzajemniłem uścisk z nadzieją, że to powie jej wszystko to co ja chciałbym powiedzieć, ale nie umiem.
Zadziwia mnie to, jak oni radzą sobie z emocjami. Wszyscy ze sobą rozmawiają, uśmiechają się, a nawet śmieją, ale wiem, że w każdym z nich toczy się wewnętrzna walka, żeby takie wrażenie właśnie sprawiać. Wiem, że można zająć czymś myśli i to jest najlepszy sposób na odizolowanie się od bólu, na chwilowe złagodzenie go, ale przecież mimo to, gdzieś w nas siedzi ta myśl, dlaczego wszyscy się zebraliśmy. Z tego co wiem, rodzina Marty spotykała się w komplecie raz, maksymalnie dwa razy do roku, a czasami nawet nie wszyscy mogli się pojawić. Przykre jest to, że to właśnie takie sytuacje sprowadzają wszystkich do jednego miejsca i zamiast cieszyć się i śmiać, udają, że wszystko jest dobrze, kiedy tak na prawdę, serce rozrywa się w bólu.
- Jesteś głodny? - zapytała Marta
- Nie - odpowiedziałem cicho
- Zmęczony?
- Tak - uśmiechnąłem się lekko ujmując jej dłoń w swoją.
Pociągnęła mnie za sobą, kierując się schodami w górę, w ostatniej chwili zdążyłem zabrać swoją walizkę. Weszliśmy do jednego z pięciu pokoi. Ściany były w dwóch odcieniach beżu, a meble zostały wykonane z jasnego drewna. W rogu stało duże podwójne łóżko, dokładnie zaścielone.
- To był kiedyś mój pokój. - Odezwała się po chwili Marta siadając na łóżku. Usiadłem obok niej, przytulając ją do siebie.
- Ładny. - Powiedziałem
- Brakowało mi ciebie. Strasznie za tobą tęskniłam.
- Ja za tobą też. Nie było chwili żebym o tobie nie myślał.
Odsunęła się ode mnie nieznacznie i przesunęła się w głąb łóżka kładąc się na miękkim materacu, ja zrobiłem to samo. Oparła głowę o moją klatkę piersiową jak to miała w zwyczaju, a prawą ręką obejmowała mój brzuch. Na moich ustach bezwiednie pojawił się uśmiech. Brakowało mi tego i to bardziej niż mi się wydawało. Każda minuta bez niej była męczarnią, moje myśli skupione były wokół niej i tego co się z nią dzieje. Relacja między nami jest tak silna, że aż niemożliwa. Nie chcę jej stracić, chcę mieć pewność, że nigdy mnie nie zostawi. Jest dla mnie jedną z najważniejszych osób, a z każdym dniem jest ważniejsza i myśl, że może się nam nie udać jest paraliżująca.
- Dziękuję, że przyjechałeś.
- Cała przyjemność po mojej stronie. - Przyciągnąłem ją bliżej do siebie i pocałowałem w czoło. - Jak się czujesz?
- Dobrze.
- Jesteś pewna?
- Jest lepiej niż wczoraj. - Zaczęła rysować jakieś niewidzialne obrazki na moim torsie. - Jutro jest pogrzeb. Zazwyczaj czeka się dłużej, ale wujkowi udało się to załatwić.
- Przejdziemy przez to razem. Będę przy tobie cały czas.
- Wiem, za to cię kocham - uśmiechnęła się
- Tylko za to?
- Nie tylko. Nazbierałoby się jeszcze kilka powodów.
- Na przykład?
- Na przykład, przyleciałeś specjalnie z Londynu, żeby ze mną być, a przecież macie przygotowania do trasy. Simon mnie zje jak wrócę. Poza tym, rozśmieszasz mnie, sprawiasz, że czuję się wyjątkowa, dzięki tobie zaczynam wierzyć w siebie. Opiekujesz się mną, jesteś moim prywatnym aniołem stróżem.
- Dam ci wszystko, czego tylko zapragniesz.
- Dałeś mi wszystko o czym marzyłam. Oddałeś mi swoje serce.
Jakich słów mam użyć, żeby opisać to co do niej czuję? Nie ma chyba takich, które w pełni oddadzą moją miłość do Marty. Poświęciłbym dla niej wszystko. Dosłownie wszystko.
- Obiecaj mi coś. - Powiedziałem
- Co?
- Obiecaj, że nigdy mnie nie zostawisz. Bez ciebie sobie nie poradzę.
- Dobrze. - Jedno krótkie słowo, które nie musi nic znaczyć, jednak w jej ustach brzmi jak największa przysięga. - Obiecuję.
Kochaliście kiedyś tak bardzo, że nie wiedzieliście jak radzić sobie z tym uczuciem? Jak trzymać je w ryzach? Czuliście jak serce wyrywa się z piersi na widok tej drugiej osoby, jak jej uśmiech sprawia, że bicie waszego serca jest szybsze? Miłość to nie tylko czułe pocałunki, przytulanie się czy seks. To coś znacznie więcej. Miłości nie można kupić, jest bezcenna. Miłość to walka, walka o to, żeby na przekór przeciwnościom było dobrze, żeby nic nie stanęło pomiędzy dwojgiem zakochanych. Ta walka jest zacięta, jeżeli nie pragniesz bardziej, niż czegokolwiek innego, zostać zwycięzcą tego pojedynku, nie podejmuj próby. Zwycięsko wychodzi tylko prawdziwe uczucie, złudzenie zaś znika, pozostawiając po sobie jedynie ledwo dostrzegalną bliznę - wspomnienia, które z czasem zanikają. Ja jestem gotów podjąć tę walkę. Cena jest wysoka, ale to co czuję, co czuje Marta jest znacznie większe.

Siedzieliśmy w ławkach. Licząca ponad dwadzieścia osób rodzina Marty zajmowała po trzy pierwsze ławki w dwóch rzędach. Na środku, pomiędzy nimi stała trumna z ogromnym wieńcem czerwonych róż na niej. Płomienie świec stojących po obu stronach zdawały się tańczyć wesoło. Siedziałem wraz z Martą i jej babcią w pierwszej ławce, obok mnie siedziała jej mama i bracia. W oczach Marty, które zawsze były wesołe dzisiaj były zupełnym tego przeciwieństwem. Ból, udzielał się każdemu kto w nie spojrzał. Blada na twarzy, z czerwonymi, podkrążonymi oczyma, klęczała podczas modlitwy i wpatrywała się w trumnę, jak gdyby to miało przywrócić życie jej dziadkowi. Ceremonia w kościele nie trwała długo, nie rozumiałem tego, co mówi ksiądz, nie rozumiałem słów pieśni, które były odśpiewywane, ale czułem, że było to ogromnym wyrazem szacunku wszystkich zebranych wobec dziadka.
W momencie, kiedy trumna była chowana do grobu smutek przybrał na sile. Marta, jej kuzyni, ciocie, wujkowie, babcia płakali. Dopiero teraz dali upust temu co w sobie skrywali przez te ostatnie dni. Podchodziliśmy po kolei do grobu, aby położyć przy nim kwiaty. Marta podeszła ze swoim bukietem liczącym siedemdziesiąt trzy róże, dokładnie tyle ile jej dziadek miał lat i kładąc go, kolana się pod nią ugięły tak, że w ostatniej chwili zdążyłem ją uchronić przed upadkiem. Łzy strumieniami spływały jej po policzkach, a szloch zawładnął jej ciałem. Nie mogłem znieść tego, że nie potrafię jej ulżyć w tym cierpieniu. Czułem się jakbym to ja wbijał jej nóż w ciało i obracał go w ranie. Przytuliłem ją do siebie najmocniej jak mogłem, trzymałem w ramionach cały mój świat, wiedziałem, że jeśli ją puszczę, nie będę w stanie pomóc jej się podnieść.

- Jak się czujesz? - zapytałem godzinę później, kiedy siedzieliśmy w jej pokoju. Wzruszyła tylko ramionami. - Chcesz coś do picia? - Pokręciła głową. - Coś do jedzenia?
- Nie - odpowiedziała cicho - po prostu mnie przytul.
Podszedłem do łóżka, usiadłem na nim z nogami wyciągniętymi przed siebie, opierając się o zagłówek. Marta przytuliła się do mnie.
- Wiem, że tak jest lepiej - zaczęła mówić - że jego życie wcale się nie skończyło, ale świadomość, że nie będę mogła do niego zadzwonić.. zobaczyć go ani przytulić kiedy przyjadę następnym razem. - Głos zaczął jej się łamać - Słyszałeś kiedyś, jak córka mówiła do ojca, że znalazła swojego księcia, ale on nadal będzie jej królem? Moim księciem jesteś ty, jednak królem był on.
- Każdy książę kiedyś staje się królem. Nie po to, żeby mieć więcej przywilejów, ale po to, żeby lepiej opiekować się swoją księżniczką.
- Mój dziadek cię kochał. Powiedział mi to, kiedy pojechałam do szpitala prosto z lotniska. Na mój widok się uśmiechnął, wyglądał jakby nic poważnego mu nie dolegało, po prostu był przemęczony. Przesiedziałam z nim kilka godzin, w końcu mnie wygonił, a pomogła mu przy tym pielęgniarka, która truła mi głowę o to, że czas odwiedzin już dawno się skończył. Najpierw wspominaliśmy, a raczej on wspominał swoje dzieciństwo. Zawsze uwielbiałam słuchać jego opowieści. Zwłaszcza z jego młodości. Boże, ile on i jego koledzy nawyrabiali. Kiedyś, zamalowali sąsiadce dziadka, okna czarnym sprayem. Zrobili to wieczorem, kiedy już spała. Kobieta była już w podeszłym wieku. Jak się przebudziła, a w pokoju miała ciemno, to była pewna, że nadal jest noc, więc położyła się i znów zasnęła. Spała tak, dopóki zmartwieni sąsiedzi nie zaczęli się dobijać do domu. Później zaczęliśmy wspominać moje dzieciństwo. Święta Wielkiej nocy, kiedy biegałam po ogrodzie i szukałam prezentów od zajączka. Nie wiem czy u was się obchodzi ten czas tak jak u nas, ale mniejsza o to. Na końcu wspomniał mi o tobie. Powiedział, że jest szczęśliwy, że jestem z kimś kogo kocham i kto kocha mnie. Dziadek potrafił rozgryźć człowieka na pierwszym spotkaniu, dlatego strasznie się cieszyłam, że ciebie polubił. Z moim poprzednim chłopakiem tak nie było.
- Też się cieszę, że mnie lubił. Ja jego też, nawet bardzo.
- Prosił, żebym cię przeprosiła, że więcej nie będziecie mieli okazji porozmawiać. Babcia mówiła, że ostatnio chodził po domu ze słownikiem, bo chciał osobiście zamienić z tobą parę słów. Cieszył się jak dziecko, kiedy w szpitalu przywitał mnie po angielsku, a ja mu odpowiedziałam.
Łzy zaczęły wzbierać do moich oczy, tak jak Marcie. Teraz już wiem po kim miała charakter. Marta uniosła głowę, spojrzała na mnie.
- Nie płacz - uśmiechnęła się blado i otarła moje łzy. Przewróciłem oczami, na co się zaśmiała
- Lubię kiedy się śmiejesz.
- Lubię kiedy sprawiasz, że się śmieję.

środa, 9 kwietnia 2014

29

- Jeszcze tylko midnight memories i half a heart i fajrant - powiedział Liam przechodząc obok mnie i z butelką wody w dłoni.
Siedziałem na brzegu sceny, z nogami opuszczonymi i bawiłem się telefonem. Każda moja przerwa podczas próby wyglądała tak samo. Czekałem na telefon czy chociażby jakąś wiadomość od Marty. Nie ma jej już od prawie dwóch tygodni, jedną sprawą jest to, że za nią tęsknię, a drugą to, że najwyraźniej nie ma zbyt dużej poprawy w stanie zdrowia jej dziadka. Po badaniach, jednych z wielu, które przeszedł w zeszłym tygodniu okazało się, że jego serce jest zbyt słabe by funkcjonować samodzielnie na tamtą chwilę. Boję się, że dojdzie do najgorszego, chociaż ja, jako jedno z naszej dwójki powinienem być dobrej myśli.
- Harry! - Louis krzyknął mi do ucha
- Chcesz żebym ogłuchnął? - skrzywiłem się
- Ty już chyba głuchniesz. Z dnia na dzień słyszysz coraz gorzej. Koniec przerwy, śpiewamy. - Poklepał mnie po ramieniu - Wstawaj.
Westchnąłem i podniosłem się w ogóle nie mając na to ochoty. Zmęczenie daje mi się we znaki, co widać głównie po sinych cieniach pod moimi oczami. Spotkałem się już ze stwierdzeniami, że Marta ze mną zerwała i wróciła do Polski do swojego byłego, a ja robię z siebie uciemiężonego męczennika, bo nie potrafię o niej zapomnieć. Dlatego też, mój ostatni tweet składający się z aż jednego słowa brzmiał: Bullshit.
Josh zaczął wybijać rytm pałeczkami, a ja zacząłem śpiewać. Midnight memories to jedna z moich ulubionych piosenek, a praca nad tą piosenką była czystą przyjemnością. Z kolei half a heart to taka, która na myśl przywodzi mi wszystkie moje miłości i tą, którą mam teraz, tę która jest tą jedyną. Ten czas, kiedy Marta jest tak daleko jest tylko potwierdzeniem moich myśli o założeniu z nią rodziny.
Głos Liama powoli został zastąpiony przez Zayna. Tak, głos Malika idealnie pasuje do refrenu. Zanim zdążyłem się zorientować, przyszła moja kolej.
"Będąc tu bez ciebie
To tak jakbym budził się dla
Tylko połowy niebieskiego nieba
Trochę tam, ale nie całkiem
Spaceruję tylko w jednym bucie
Jestem połową serca bez ciebie
W najlepszym wypadku jestem połową człowieka
Z połową strzały w mojej klatce piersiowej
Tęsknię za wszystkim, co robimy
Jestem połową serca bez ciebie"


Wyjąłem z samochodu torbę z ubraniami na trening i wszedłem do siłowni. Blondynka, która zwykle o tej godzinie miała swoją zmianę powitała mnie uśmiechem i przekazała informację, że Luke już czeka. Luke, to mój prywatny trener. Nie szczędzi mnie, ale od tego właśnie jest. Czas, który spędzam na ćwiczeniach pozwala mi zapomnieć o wszystkim wokoło, to czas tylko dla mnie i korzystam z niego nie marnując ani minuty.
- Cześć Hazz - uśmiechnął się trener i podał mi dłoń
- Jak się masz Luke? - również się uśmiechnąłem odwzajemniając uścisk.
- Bardzo dobrze. - Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy
- Widzę. Pochwal się, co cię tak cieszy.
- Sahra jest w ciąży.
- Gratuluję stary! - Wiem, że marzeniem Luke'a od dawna było powiększenie rodziny, więc ta wiadomość musiała być dla niego niesamowitym przeżyciem.
- Dzięki - oczy błyszczały mu niczym brokat w świetle - Przebierz się i zaczynamy trening.
Udałem się do szatni, zmieniłem ubrania i po raz ostatni sprawdziłem telefon. Żadnej nowej wiadomości. Nie wiem, czy to co mnie ogarnęło to była ulga czy raczej smutek, że nie mam kontaktu z Martą.
- Gotowy?
- Tak.
- Standardowo, na początek dziesięciominutowa rozgrzewka, bieżnia, ciężary, rundka boksu, a później jesteś wolny.
Zacząłem rozgrzewać mięśnie do wysiłku, który je czekał.
Wszedłem na bieżnię i włączyłem ją zaczynając swój bieg. Moje myśli to jeden wielki chaos, a jego powodem jest głównie Marta. Czy to normalne, że tak strasznie zaprząta moje myśli? Tym razem to nie były już wspomnienia, a wyobrażenia przyszłości. Tej niedalekiej jak i tej odległej. "Sarah jest w ciąży" radość Luke'a która z niego emanowała była zaraźliwa.
"- Harry.. Muszę ci coś powiedzieć - zaczęła niepewnie Marta
- Tak? - zapytałem. Zaplatałem sobie kosmyki jej włosów wokół palców. Leżeliśmy w łóżku, był wczesny ranek, słońce zaczęło wschodzić nad morzem i leniwie zaglądać do naszego pokoju, rzucając słabe promienie na białą pościel. Marta zaczęła nerwowo bawić się palcami, nadal trzymając dłoń na mojej klatce piersiowej. Wzięła głęboki oddech i powiedziała:
- Jestem w ciąży.."
Jak bym się zachował, gdyby mi powiedziała, że będę ojcem? Najpierw bym spanikował, obawiając się, że nie sprawdzę się w tej roli, ale zaraz po tym, zacząłbym chyba skakać z radości. To było by urzeczywistnienie moich marzeń i planów, tych które snuję od niedawna.
Zacząłem się uśmiechać pod nosem, a moja wyobraźnia kontynuowała swój tok.
"- Na prawdę? - spojrzałem na nią
- Tak. - W jej głosie było wyczuwalne napięcie.
- Który tydzień?
- Piąty - szepnęła
- Od jak dawna wiesz? - zapytałem, a mój głos nie wyrażał jeszcze tego jak się cieszę, póki co, była to faza szoku.
- Wczoraj byłam u lekarza, który to potwierdził. - Oboje milczeliśmy przez jakiś czas - Harry, powiedz coś, proszę.
- Od pięciu tygodni jestem ojcem.. - powiedziałem cicho. Podniosłem się z łóżka, oparłem obie dłonie po obu stronach głowy Marty, tak, że wisiałem nad nią - Od pięciu tygodni jestem najszczęśliwszym człowiekiem jaki chodzi po tej planecie i nie zdawałem sobie z tego nawet sprawy, co za ironia.
- Harry? - Zaskoczenie na twarzy Marty było wymalowane
- Zdziwiła cię moja reakcja? - Przytaknęła. - Dlaczego?
- Ponieważ strach przejął nade mną kontrolę. Bałam się, że.. - zawiesiła głos - Ale się pomyliłam i nawet nie wiesz jak się z tego cieszę.
- Będę tatą - uśmiechnąłem się szeroko i nachyliłem swoją twarz do Marty, tak, że stykaliśmy się nosami - Lepszej wiadomości nie mogłaś mi przekazać."
Teraz mój uśmiech był już tak szeroki, że Luke zaczął przyglądać mi się ze szczerym zainteresowaniem.
- Wszystko w porządku? - zapytał
- Tak. - Zmrużył oczy i zaśmiał się
- Szczerzysz się tak już od godziny. Widzę, że bieganie na prawdę poprawia ci humor, ale na dziś wystarczy. Czas poćwiczyć te sflaczałe bicepsy.
- Sam jesteś sflaczały - odpowiedziałem wyłączając bieżnię.
- Ty chyba niedowidzisz.
- Pewnie. Niedowidzę, jestem głuchy, w dodatku mam ciało jak galareta. Lepszych komplementów już nie możecie mi prawić. - Życie z mistrzynią sarkazmu robi swoje.
- Zacznij od 40 kilogramów, później będziemy stopniowo zwiększać ciężar.
Odczekałem chwilę, rozciągając sobie mięśnie nóg, bo rzeczywiście chodziłem jakbym był z galarety. Przerwa w treningach robi swoje.
Zacząłem od dziesięciu podniesień 40 kilogramów, następnie dziesięć podniesień 70 kilogramów, a na końcu, z trudem, pięć podniesień 100 kilogramów. Mam przeczucie, że jutro nie podniosę mikrofonu, bo będzie się zdawał ważyć tonę.
Stanęliśmy z Luke'iem na ringu, gotowi do naszej "walki". Nie mieliśmy rękawic, dłonie mieliśmy owinięte bandażem elastycznym, żeby je ochronić przez zadrapaniami i stłuczeniami, ale też po to żeby je usztywnić.
- Nogi luźno, Harry. - Upomniał mnie Luke - Musisz odciążyć nie obciążyć kręgosłup
Poprawiłem swoją postawę i zadawałem kolejne ciosy, według instrukcji Luke'a..
- Cios, cios, blok. Cios, cios, blok. - Milczał przez chwilę odbierając i zadając ciosy. - No dalej! Nie przestawaj.
Ramiona mnie cholernie bolą, ledwo je unoszę. Jedyne o czym teraz marzę to zimny prysznic i odpoczynek.
- Szybciej zadawaj ciosy, przeciwnik nie może nadążać za tobą, jeżeli masz wygrać.
- Przeciwnik? - zapytałem i zatrzymałem się na chwilę
- Tak. Ja. - Powiedział trener i zaskakując mnie uderzył mnie w brzuch. Jęknąłem, zginając się w pół.
- Skoro tak stawiasz sprawę.. - mruknąłem i zacząłem uderzać szybciej. Każdy jego cios spotykał się z moim blokiem, a mój z jego ciałem.
Drzwi do sali się otworzyły i Luke tylko skinął głową.
- Koniec na dzisiaj. Dobrze ci poszło, mimo, że miałeś przerwę w ćwiczeniach. Sugeruję ci wziąć zimny prysznic, po czym gorącą kąpiel i kupić banany. To pomoże na obolałe mięśnie.
- Tak jest, kapitanie - podszedłem do ławeczki, chwyciłem ręcznik i zacząłem ocierać nim sobie twarz i kark, po których spływały mi stróżki potu. Odkręciłem butelkę z wodą i zacząłem pić. To było to, czego mój organizm teraz potrzebował.
- Popracuj nad prawym prostym, Harry - powiedział Luke stając obok mnie - i może będziesz mógł pomyśleć o karierze boksera - uśmiechnął się
- Dzięki - zaśmiałem się - ale muzyka mi wystarczy.
Razem opuściliśmy salę, ja skręciłem w lewo, w kierunku szatni, on w prawo, w kierunku swojej prywatnej szatni. Pierwsze co zrobiłem to było sprawdzenie telefonu. Od ponad tygodnia było to już moim nawykiem.
Jedno nieodebrane połączenie od Marty. Serce podeszło mi do gardła. Wybrałem jej numer i czekałem aż odbierze. Sygnał. Następny. Kolejny.
- Harry - odezwała się cicho
- Cześć słoneczko, przepraszam, że nie odebrałem, ale miałem trening. - Powiedziałem, a wyrzuty sumienia już zdążyły mnie dopaść.
- Nie przepraszaj. Chciałam tylko powiedzieć, że.. - nabrała powietrza, a ja już wiedziałem co chciała mi powiedzieć - Że dziadek już się nie będzie męczył. - Głos jej drżał. Wiem, jak bardzo próbuje się nie rozpłakać, a mnie aż skręca, bo mnie przy niej nie ma.
- Kochanie.. - zacząłem - To było dla niego lepsze.
- Wiem.
- Nie płacz.
- Nie płaczę.
- Bo się powstrzymujesz, ale kiedy tylko się rozłączysz, nic innego nie będziesz robić.
- Nie, Harry. Jest w porządku.
- Kocham cię - powiedziałem, bo nic innego nie przyszło mi do głowy, a czułem ogromną potrzebę żeby jej o tym przypomnieć. Wiem, może to egoistyczne z mojej strony, ale nie mogłem tego zwalczyć.
- Ja ciebie też. - W tle odezwał się jakiś głos, który ją wołał. - Muszę kończyć, ciocia mnie woła.
- Rozumiem. - Uśmiechnąłem się, jakby to miało jakoś pomóc.
- Harry?
- Tak?
- Brakuje mi ciebie.. - oczami wyobraźni widziałem jak łzy spływają jej po policzkach, a zaczerwienione oczy zamyka, by następnym to uniemożliwić.
- Będę najszybciej jak tylko mogę. - Powiedziałem i rozłączyłem się.
Pospiesznie się przebrałem, spakowałem swoje rzeczy i wybiegłem z siłowni. Wsiadłem do samochodu i w drodze do domu zadzwoniłem do Simona, żeby go poinformować, że niezależnie od tego czy mu się to podoba czy nie, lecę do Polski.
Szybki prysznic, pospieszne pakowanie, droga na lotnisko, kupowanie biletu, lot i droga do domu Marty były tylko urywanym wspomnieniem. Tak jakby ktoś wymazał mi z pamięci kilka godzin, zostawiając tylko urywki tego, co mogłem połączyć w jedną całość. Zadzwoniłem do drzwi, otworzyła mi jej kuzynka. Blada, z podkrążonymi oczyma. Uśmiechnęła się na mój widok i zaprosiła do środka. Zawołała Martę. Kiedy ją zobaczyłem, poczułem ukłucie w sercu. Równie blada jak Nicole, ewidentnie zmęczona i chudsza o kilka kilogramów od czasu, kiedy się żegnaliśmy. Na mój widok, łzy pojawiły się w jej oczach. Podeszła do mnie, a ja automatycznie zamknąłem ją w uścisku i nie chciałem jej puszczać. Jej ramiona mocniej zacisnęły się na moim karku, twarz wtuliła w moją szyję łkając cicho.
- Dziękuję, że przyjechałeś.
- Dla mojej księżniczki wszystko.
Mama Marty pojawiła się w przedpokoju, uśmiechnęła się serdecznie i weszła do kuchni, o ile dobrze pamiętam rozplanowanie pomieszczeń. Po chwili bracia Marty pojawili się obok nas, oboje się do mnie tuląc i witając mnie z uśmiechem. W oczach Sebastiana widać było, że tak jak siostra przepłakał kilka godzin, Wojtek, ten młodszy był nieco spokojniejszy. Jak każde dziecko, któremu zajmuje się myśli czym innym, niż tym co się właśnie dzieje. Moje pojawienie się poprawiło im humor, tak samo jak Marcie i mnie samemu.
___________________________________

Wybaczcie tak długi okres oczekiwania na rozdział, ale nauczyciele nas chyba nie lubią ;c
Mam nadzieję, że rozdział chociaż po części Wam to zrekompensował :)

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze, wejścia na bloga itd. Jest ich ponad 20 tys. co jest moim osobistym rekordem i jaram się jak ogień benzyną xd
DZIĘKUJĘ <3